Posted on Sep 5, 2007

Back from…Croatia

Brrrr, ale zimno…brrr. Po powrocie ze słonecznej, a co ważniejsze cieplutkiej Chorwacji przeżyłam lekki szok termiczny i przekonałam się empirycznie, że japonki i krótkie spodenki to nie jest strój jesienny;), ale po kolei – nie uprzedzajmy faktów.
Podróż do Chorwacji rozpoczęła się zgodnie z planem o godzinie 9 spod Muzeum Narodowego w Warszawie. Szybko i bez zbędnego ociągania się dojechaliśmy dnia następnego, czyli w sobotę 25 września do Parku Narodowego Jezior Plitwickich, które są tak piękne, że aż brakuje słów, żeby je godnie opisać, dlatego też zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć.

Wieczorem tego samego dnia dotarliśmy do celu naszej podróży, czyli miasteczka Neum, położonego na 10 km pasie bośniackiego dostępu do morza. Oto co było widać z okna…

Kolejny dzień upłynął pod znakiem plażowego leniuchowania i wstępnego brązowienia:). Wszystko po to, żeby na kolejnych wypadach w głąb Chorwacji wyglądać bardziej jak tubylcy (cóż, nie do końca się to udało…jasna karnacja – sami rozumiecie).W poniedziałek pojechaliśmy na uroczą wyspę Korculę, która położona jest tuż przy półwyspie Peljesac. Po drodze zatrzymaliśmy się na początku tego półwyspu, w miasteczku Ston, gdzie mieliśmy okazję wdrapać się na dalmatyński mur chiński.

Na wyspę dostaliśmy się łodzią, dzięki czemu mogliśmy podziwiać wyspę z morza, a jest co podziwiać. Mnie najbardziej urzekł projekt architektoniczny miasta. Ulice są położone w taki sposób, aby niwelować lodowate wiatry, a ułatwiać drogę łagodnym bryzom. Na Korculi miałam też okazję spróbować chorwackiej kuchni, zamówiłam sobie danie cevapcici, czyli paluszki z mięsa mielonego i cebuli…mmhm…palce lizać.

We wtorek z samego rana wyruszyliśmy do Dubrownika, zwanego „Perłą Adriatyku”. Bardzo trafnie. Miasto jest prześliczne, domy i ulice zbudowane są z jasnego kamienia, a nad wszystkim górują dachy z czerwonej dachówki. Ten niesamowity widok można podziwiać z zachowanych przez stulecia murów obronnych. Tu mała uwaga, najlepiej iść tam rano, a nie w południe jak niektórzy, bo wtedy upał jest nie do wytrzymania, a na murach trzeba się sporo nachodzić po schodach, lepiej też nie mieć lęku wysokości…

Kolejny dzień to znowu byczenie się na plaży i kąpiele w cieplutkim morzu:)W czwartek postanowiliśmy zwiedzić Medugorje, miejsce które stało się sławne w 1981 roku, kiedy to szóstka dzieci miała objawienie Najświętszej Maryi Panny.

Piątek upłynął pod znakiem ryb i owoców morza, a dokładnie giric, sardeli, kalmarów, ośmiornic, oraz mouli. Wszystko pysznie przyrządzone i pięknie podane.

W sobotę nadszedł czas pożegnań i zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Jednak, żeby jeszcze przez chwilę poczuć uroki Chorwacji zatrzymaliśmy się w Splicie, żeby zwiedzić pałac cesarza Dioklecjana, który w wyniku różnych historycznych perypetii stał się średniowiecznym miastem, komnaty zamieniły się w mieszkania, a korytarze w ulice. Obecnie teren pałacu do po prostu Stare Miasto Splitu.