Posted on Jul 20, 2008

Nie ma Londynu. Jest tylko Lądek, Lądek Zdrój…

Długo odkładany wpis, czyli relacja z mojego wypadu do Londynu, jeszcze w czerwcu. A było tak…

Podróż do Londynu poszła sprawnie, może z drobnym opóżnieniem. Z lotniska pojechałyśmy pociągiem na Victoria Station, skąd odebrała nas koleżanka, u której się zatrzymywałyśmy się.

W czwatek z samego rana udałyśmy się na zwiedzanie Londynu. Zaczęłyśmy od Tate Modern Gallery, potem spacer brzegiem Tamizy, koło m.in. teatru Szekspira aż do Tower Bridge. Tam przeszłyśmy na drugą stronę i spacerowałyśmy uliczkami City. Następnie dwupiętrowym autobusem pojechałyśmy do dzielnicy Notting Hill na Portobello Road. Dzielnica jest śliczna, same ładne domki, cisza i spokój.  Po południu wróciłyśmy do Centrum i z Green Park przeszłyśmy na Trafalgar Square, a potem na Regent Street i Oxford Street.

Rano w piątek zaraz po śniadanku pojechałyśmy pod Big Bena i Parlament, potem spacer do National Gallery, żeby zobaczyć Słoneczniki wiadomo czyje. Potem spacerowałyśmy po dzielnicy Soho, aż do Oxford Street, gdzie chciałyśmy zrobić zakupy. Wieczorem pojechałyśmy do Greenwich, zobaczyć te słynną linię czasu:)

Trzeci dzień w Londynie nie był już tak intensywny. Postanowiłyśmy dłużej pospać. Po śniadaniu (ja jadłam full english breakfast, poniżej zdjęcie) w miłej kawiarni, a potem poszłyśmy do księgarni, gdzie na dłuższą chwilę znikłam między półkami pełnymi ekstra książek. Po księgarni poszłyśmy do Barbican Gallery na wystawę Viktora&Rolfa pt/ “House of dolls”. Wieczorem oglądałyśmy ćwierćfinał Holandia-Rosja.

english breakfast

Niedzielny poranek przywitał nas piękną pogodą. Wybierałyśmy się na Camden Town, na taki wielki targ różnych różności. Potem pojechałyśmy na mszę do Westminster Abbey. A stamtąd na spacer do Regents Park. Po drodze jeszcze Covent Garden a potem już obiad w domu i pakowanie.